Portal używa plików cookies (tzw. ciasteczek).
Korzystając z serwisu internetowego www.uniqa.pl wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

PRZECZYTAJ

Deszcz, deszcz, deszcz i wiatr

Chorwackie początki niestety nie były idealne. Pierwsze dwa dni padało. Początkowo jakoś to znosiliśmy, przelotna mżawka nie była taka straszna, gdy w perspektywie mieliśmy nocowanie na kwaterze a nie pod namiotem.

Drugiego dnia doskonale widzieliśmy granatowe chmury wiszące nad szczytami gór, ale chyba sądziliśmy, że przejdą bokiem… nie przeszły. Dodatkową, wątpliwą, atrakcją był bardzo stromy podjazd. Kiedy już byliśmy zbyt daleko, żeby zawrócić do domu, rozpadało się na dobre, a dookoła nas krążyły burze, jedna za drugą. Wspinaczka pod górę, w strugach deszczu nie była niczym przyjemnym. To był bardzo zły dzień. Na szczęście po południu trochę się rozpogodziło i pojawiły się wspaniałe widoki chorwackiego wybrzeża a nocleg mieliśmy zarezerwowany znów pod dachem, w ciepłym pokoju.

Niestety kolejny dzień również nie przyniósł poprawy pogody. Od rana wiał bardzo silny wiatr, nie sądziliśmy jednak, że to będzie taki problem, jak się okazało.  Podmuchy uniemożliwiały jazdę, a czasem aż spychały nas z drogi. Przez to musieliśmy jechać środkiem szosy, co oczywiście nie podobało się kierowcom, którzy trąbili na nas nieustannie, jakbyśmy robili im specjalnie na złość… Ale dojechaliśmy – jakoś – znów na kwaterę. Tutaj zrobiliśmy sobie dzień odpoczynku. 

Dzień „restowy” był wreszcie przyjemny, bo słoneczny, prawie bezwietrzny. Miło było wygrzać się na słońcu, mocząc nogi w morzu, gdzie tuż obok, między skałami mieszkała sobie rodzinka małych krabów ;)

Kolejne dwa dni jazdy minęły nam przy ładnej pogodzie. Pierwszy z nich zakończyliśmy na kempingu i rano tego gorzko żałowaliśmy. W namiocie było 7 stopni, a więc na zewnątrz jakieś 5! Strasznie było zimno. Mgła była tak gęsta, że gdy tylko słońce zaczęło wstawać, to widzieliśmy wirujące w powietrzu drobinki wody. Na szczęście dość szybko zrobiło się ciepło, dosuszyliśmy niewyschnięte pranie i ruszyliśmy w drogę. W kierunku Jezior Plitwickich.

Niefartowne Plitwice

Gdybym wiedziała co nas czeka, chyba odpuściłabym te Jeziora… okazało się, że musimy do nich zboczyć z trasy jakieś 20 kilometrów i zjechać w dół około 400 metrów, po bardzo ruchliwej drodze bez pobocza. 

Po przyjeździe na kwaterę okazało się, że pokoik jest malutki, nie ma jak się w nim ruszyć, nie ma nawet stoliczka, żeby przy nim posiedzieć albo chociaż zjeść. W dodatku pokój był na piętrze, a kuchnia na parterze, więc nawet zrobienie herbaty to była mała wyprawa. Poza tym było to tak małe pomieszczenie, że nie sposób się było w niej obrócić, nie mówiąc o miejscu do krojenia czy nawet suszeniu pozmywanych naczyń! No i lodówka znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Trzeba było do niej iść przez salon gospodarzy, którzy  w nim dość często przebywali, czasem spali a czasem po prostu zamykali drzwi, i co tu zrobić..?

W każdym razie w dniu, kiedy mieliśmy zwiedzać Plitwice lało od samego rana. Nie chcieliśmy zostawać na kwaterze więcej niż to konieczne i gdy tylko przestało wyruszyliśmy. Oczywiście rozpadało się jak tylko oddaliśmy się od domu. Kiedy pojawił się przystanek zjechaliśmy, żeby chwilę przeczekać ale ruszając z niego okazało się, że złapałam gumę a my nie mieliśmy przy sobie pompki i dętki zapasowej, bo, rzecz jasna, zapomnieliśmy. 

Musiałam więc poczekać, aż Mikołaj zjedzie po sprzęt do domu i podjedzie z nim do mnie. W tym czasie bardzo mocno padało, a na przystanek przyszła babcia z trójką rozkrzyczanych wnuków… ani chwili spokoju.

Po naprawie czekał nas zjazd, w deszczu, na kwaterę (więc byliśmy kompletnie przemoczeni a woda dodatkowo ochlapywała nas spod kół) bo zwiedzanie Jezior w taką pogodę raczej nie miało sensu. Może i dobrze, bo co byśmy zobaczyli? Ale ciężki to był dzień.

Plitwice po raz drugi 

Następnego ranka obmyślaliśmy możliwości jakie mamy, a deszcz nie przestawał padać. Uznaliśmy jednak, że prognozy na najbliższy tydzień są fatalne, więc uciekamy stąd przez Jeziora, byle się przedostać nad morze, gdzie miało być lepiej. Szczęście nam chyba jednak dopisało, bo deszcz ustąpił a my szybko zebraliśmy nasze rzeczy i wyjechaliśmy w stronę Plitwic, które jednak udało nam się zwiedzić. Było pochmurno i chłodno, ale nie padało. A dzięki niepewnej pogodzie było też mniej ludzi (choć nadal bardzo dużo). Jeziora okazały się wspaniałym, przepięknym miejscem, więc dobrze, że ich nie odpuściliśmy. 

Jeziora Plitwickie można zwiedzać jedną z czterech tras, A, B, C i K (nie wiedzieć czemu). A obejmuje najważniejsze atrakcje, B zawiera dodatkowo przepłynięcie jeziora statkiem a C to połączony wariant A + B wraz z dodatkowym spacerem wzdłuż  kolejnych jezior. Trasa K to wydłużona trasa C, licząca aż 18 kilometrów! Wybraliśmy wariant C, który naszym zdaniem ma bardzo dobry stosunek długości do ilości atrakcji. Po jego przejściu jest się „napatrzonym” i zmęczonym, ale nie słania się człowiek na nogach. Jeden jest tylko minus, bo w związku z tym, że kładki, po których się chodzi są wąskie, a zwiedzających jest dużo, to nie ma możliwości, żeby postać chwilę i nacieszyć się cudownym widokami.


Wsiąść do pociągu…

Po Plitwicach ruszyliśmy przed siebie i nie dość, że udało nam się nie zmoknąć to jeszcze wsiedliśmy w pociąg, który formalnie nie przewoził rowerów. Przejechaliśmy chorwacki interior, aż do samego morza. Okazało się to świetnym pomysłem, bo pogoda była fatalna i tylko wjeżdżaliśmy w coraz to nowe burzowe chmury.
Nad morzem pogoda była rzeczywiście świetna, chociaż kolejne dwa dni wiatr wiał jak szalony. Udało nam się jednak jeden z tych dni pokonać – głównie dzięki kanionowi, który zaczynał się w Omiszu i kończył przed Makarską, dokąd dotarliśmy  - znów na kwaterę, tym razem bardzo fajną. I znów był to świetny pomysł, bo wieczorem rozpętała się straszliwa burza z sążnistą ulewą. Drugi zaś dzień spędziliśmy w Makarskiej, nabierając sił na podróż przez Bośnię, gdzie planowaliśmy dłuższy odpoczynek w Sarajewie.


Cenne zdrowie w Chorwacji, szczególnie gdy ktoś nie ma ubezpieczenia turystycznego

W Chorwacji jest niewyobrażalnie drogo. Po prostu. Całe szczęście, że mimo tych nieprzyjemności pogodowych żadne z nas się nie rozchorowało, bo wizyta u internisty może kosztować nawet 45 euro! A doba w szpitalu to koszt około 50 euro, a do tego jeszcze leki… W dodatku w razie nagłych wypadków Polacy, owszem, mają prawo do darmowej opieki, ale w innych sytuacjach (np. choroba) trzeba pokryć wizytę z własnych środków... Dobrze, że mamy ubezpieczenie turystyczne, w razie czego dostalibyśmy zwrot wszystkich wydatków, ale na szczęście nie musieliśmy z niej korzystać.

Natalia rowerem po Europie

Natalia Tomtała

Z wykształcenia humanistka, a mimo to przez kilka lat pracowała w branży ubezpieczeniowej. Pracę tymczasowo porzuciła, bo zamarzyły jej się wakacje bez limitu. Teraz spełnia swoje marzenia i łapie oddech w rowerowej podróży dookoła Europy.

ubezpieczenie turystyczne na ferie zimowe

Relacja z wyprawy rowerowej po Europie


<< Przewiń w dół

Przewiń w górę >>