Portal używa plików cookies (tzw. ciasteczek).
Korzystając z serwisu internetowego www.uniqa.pl wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

przeczytaj

W Serbii jesteśmy drugi raz. Wcześniej przejechaliśmy ją z północy na południe, a teraz zahaczamy tylko o jej zachodnią ścianę. Poza wspaniałymi rejonami w okolicach Dunaju kraj ten nieszczególnie mnie zachwycił. Tak samo wtedy jak i teraz. Brudne miasteczka, paskudny Belgrad, a Serbowie wydali mi się niesympatyczni. Teraz nie mam takiego poczucia, jeśli chodzi o ludzi, a jednak ten kraj nadal nie wzbudza we mnie sympatii. Poza południem -  tutaj, kilka lat temu, mieliśmy bardzo miłą sytuację. Kiedy postanowiliśmy zjeść śniadanie w przydrożnej altance, gospodyni domu, do którego należało to miejsce, przyszła do nas, najpierw częstując nas domowym, ciepłym chlebem (w rodzaju pity) i pomidorami, a potem zaprosiła nas na poczęstunek. Ciężko było odmówić, więc poszliśmy za nią. Dom był nad samym Dunajem, więc widoki były piękne a atmosfera bardzo przyjazna. Przy długim stole zgromadzona była rodzina zajadająca się lokalnymi specjałami, więc najedliśmy się do syta, a po posiłku poczęstowano nas jeszcze kawą i rakiją (rodzaj bałkańskiej wódki). To było bardzo miłe i z przyjemnością wspominamy to zdarzenie.


Zimno jak… na Bałkanach!

W tym roku jednak pogoda w Serbii zdecydowanie nam nie dopisuje. Kilka ciepłych dni przesiedzieliśmy w Sarajewie, a kiedy przyszło nam ruszyć temperatura znacznie spadła - do 10 stopni! Wysoko w górach nawet do 5. Myślałam, że po odpoczynku w mieście moje samopoczucie będzie lepsze, ale wystarczyły trzy zimne i deszczowe dni, żeby odechciało mi się gdziekolwiek jeździć. W pewnym momencie złapał nas nawet deszcz z gradem… a na niebie przez  kolejne dni nie zobaczyliśmy ani grama słońca. Kto by pomyślał, że napojem, o którym będziemy marzyć w tych rejonach będzie ciepła herbata z cytryną. 

A jak na złość w Serbii nie ma czarnej herbaty! Nie wiem, jak to możliwe, ale nie ma jej ani w sklepie ani w knajpach. Za to jest olbrzymi wybór herbat owocowych, ziołowych, miętowych czy nawet zielonych. Czasem podaje się je z cytryną.

Dobrze jednak, że pokoje, w których nocowaliśmy były wyposażone w grzejniki i dodatkowe koce. Dzięki temu mogliśmy się dogrzać i wysuszyć przemoczone lub uprane ubrania. 

W ciągu tych wszystkich nieprzyjemnych dni były jednak zdarzenia, które podnosiły nas na duchu. Przede wszystkim wszystkie te odcinki trasy, chociaż ciężkie, bo górzyste (i dodatkowo w niesprzyjającej aurze) były mniej pagórkowate niż miały być. 

Pierwszego dnia okazało się, że na drodze jest wiele tuneli, dzięki którym nie trzeba przejeżdżać przez wzgórza, bo droga została poprowadzona na wskroś góry. Drugiego dnia nie było tak dobrze, bo nie udało nam się uciec przed ciemnymi chmurami i co jakiś czas dopadał nas deszcz, który musieliśmy przeczekiwać gdzieś pod drzewami…  a trzeciego, kiedy już sądziliśmy, że cały dzień stracony, bo przez zimno (w górach było 5 stopni!) bardzo się ociągaliśmy i na wysoką przełęcz i ponad 40 kilometrów trasy zebraliśmy się dopiero koło godziny 14. Wtedy też okazało się, że nasza trasa jest źle wyznaczona i prowadzi drogą szutrową, co już samo w sobie jest dodatkowym utrudnieniem, a jeszcze sprawę utrudniało to, że taka nawierzchnia po deszczu była jednym wielkim błotem. 

Wszystko to sprawiło, że tego dnia odpuściliśmy dalszą trasę i planowaliśmy zostać w Prjepolje (niezbyt ładnym miasteczku). Na szczęście zanim się zakwaterowaliśmy to wpadliśmy na pomysł, aby spróbować przejechać pozostały odcinek autobusem. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nie dość, że jedyny w ciągu dnia autobus do Sjenicy (która była naszym celem), odjeżdżał za pół godziny od momentu, kiedy pojawiliśmy się na dworcu, to jeszcze kierowca zgodził się nas zabrać! Ależ byliśmy szczęśliwi :) W autobusie było ciepło, a droga, którą mieliśmy jechać (zamiast szutru planowaliśmy wybrać główną drogę) okazała się bardzo górzysta, pełna ostrych podjazdów o dużym ruchu i złej nawierzchni. W dodatku bardzo byśmy zmarzli. A tak, za 10 euro, w półtorej godziny dojechaliśmy do naszego celu i zatrzymaliśmy się tutaj na dwa dni. Całe szczęście, bo pierwszego przeczekaliśmy niepogodę. Wybraliśmy się tylko na szybką przejażdżkę przez miejscowość, ale tylko po to, żeby upewnić się, że nic tu nie ma ciekawego i w celu wyszukania jakiegoś obiadu. Natomiast drugiego dnia wyjrzało słońce i mogliśmy się oddać podziwianiu widoków przełomu rzeki Uvac, dla której specjalnie tu przyjechaliśmy. 

Miejsce to okazało się fantastyczne i niesamowite. Meandrująca między wysokimi skałami rzeka robiła wspaniałe wrażenie. Dodatkowo nie było tutaj żadnej turystyki. Niezbyt  dużo osób, żadnych biletów, bramek wstępu, kompletnie nic. Dzikie miejsce. Aż dziwne, że Serbowie mają pod nosem taki skarb i zupełnie nie potrafią go wykorzystać. A region przecież biedny.

Po pobycie w Sjenicy pojechaliśmy stronę Raski, przy granicy z Kosowem. Tutaj okazało się, że jest tylko jeden hotel, na szczęście znalazło się dla nas miejsce w nawet przystępnej cenie (25 euro za dwie osoby za noc). Po kilkudniowym pobycie w Serbii opuścimy ją bez żalu.


Bezpieczeństwo i ubezpieczenie w Serbii

Wjeżdżając do Serbii warto mieć dowód ostatniego miejsca zameldowania. Nigdy, ani teraz ani wcześniej, o to nas nikt nie spytał ale wielokrotnie nas straszono, że należy mieć taki dokument na wypadek kontroli policji (której stoi na drogach bardzo dużo) lub pograniczników.

Ale zauważyłam, że sprawdzają ubezpieczenie samochodów. Ubezpieczenie OC posiadaczy pojazdów mechanicznych zarejestrowanych w Polsce obejmuje również terytorium Serbii, dlatego nie trzeba się martwić, że należy wykupić dodatkową polisę. Kierowcy pojazdów zarejestrowanych w Polsce, podróżujący po terytorium Serbii, nie muszą posiadać Zielonej Karty. 

Gdybyśmy jednak przekraczali granicę serbsko – kosowską autem, czy nawet serbsko – bośniacką, wtedy obowiązkowa do wykupienia jest Zielona Karta. Koszt to około 30 euro. 

Na szczęście akurat to nie jest naszym zmartwieniem. My mamy przy sobie certyfikaty potwierdzające zawarcie ubezpieczenia podróżnego, ale nigdy nas o niego nie pytano – to też warto wiedzieć, bo podobno są kraje (np. Ukraina), gdzie to weryfikują i nawet żądają wykupienia ubezpieczenia turystycznego na granicy.

 
I tak, przekroczyliśmy bez niepokojenia granicę Serbii z Kosowem, żeby udać się dalej na południe, może wreszcie w stronę dobrej pogody.

Natalia rowerem po Europie

Natalia Tomtała

Z wykształcenia humanistka, a mimo to przez kilka lat pracowała w branży ubezpieczeniowej. Pracę tymczasowo porzuciła, bo zamarzyły jej się wakacje bez limitu. Teraz spełnia swoje marzenia i łapie oddech w rowerowej podróży dookoła Europy.

ubezpieczenie turystyczne na ferie zimowe

Relacja z wyprawy rowerowej po Europie


<< Przewiń w dół

Przewiń w górę >>